Powiedzmy sobie szczerze. Przeciętnie higieniczny facet, taki który myje penisa (minimum) raz dziennie, nie ma żadnych, samoistnych form życia, rozwiniętych na wspomnianym narządzie. Zarówno bakteryjnych jak i wirusowych. A przynajmniej nie na tyle, żeby groziło to, jakimś zagrożeniem dla organizmu posiadacza.
Skąd, w takim razie, wzięła się tradycja (bo co innego) mycia rąk, przez faceta, po oddaniu moczu. Oczywiście, po oddaniu, w sposób standardowy.
Penis, jako organ dość zakonspirowany, nie ma bezpośredniej styczności z zagrożeniami czyhającymi na nas, z racji wykonywania codziennych czynności.
Ręce, zdecydowanie bardziej się brudzą niż penis.
Wchodzisz do tego kibelka, stajesz przy pisuarze i tymi ubabranymi w drobnoustroje łapami chwytasz, stosunkowo czystego, penisa.
Sensu za grosz!
Nie odwrotnie!
Mycie rąk po kontakcie z penisem.
Trochę z życia w innym aspekcie, ale sprzęt ten sam.
Czy spotkaliście się z sytuacją, w której (uwaga, będzie o seksie) panienka, po wstępnym (ręcznym) zachęcaniu penisa do dalszych czynności a tuż przed dośrodkowaniem, mówi do kochanka:
– Poczekaj misiu chwilę, bo muszę umyć ręce a potem dokończymy.
Oczywiście, o ile mamy pozostać konsekwentni.
Jako, że okolice (coraz mniej) uważane za intymne, nazywane były (są?), przez kościół, „nieczystymi”, być może tu jest jakieś przełożenie dla powodów tej, bezsensownej, higieny.
Ale, to tylko takie, mgliste dociekania starego heretyka